10 zasad dzięki którym Arnold Schwarzenegger odniósł sukces!

Wpis przedstawia jeden z najciekawszych fragmentów biografii Arnolda Schwarzeneggera.

„Pamięć Absolutna”
Arnold Schwarzenegger 2013r.

 

Kiedy spotykam wielkich ludzi – a nigdy nie przepuszczam takiej okazji – staram się ich
pytać, dzięki czemu im się powiodło, i znaleźć metodę, która w ich przypadku się sprawdziła.
Wiem, że istnieje tysiąc kluczy do sukcesu, i uwielbiam wydobywać nowe zasady wynikające
z własnego i ich doświadczenia. Oto dziesięć reguł, którymi chciałbym się podzielić:

 

 

 


1. Nie pozwól, żeby duma wchodziła ci w paradę.

Muhammad Ali często występował ze mną w rozmaitych talkshow. Podziwiałem go jako mistrza, wielką osobowość, człowieka
wielkodusznego i zawsze myślącego o innych. Gdyby wszyscy sportowcy byli tacy jak on, świat
byłby lepszy. Spotykając się w garderobach, stale żartowaliśmy. Kiedyś rzucił, że ciekawe, czy
zdołam go przepchnąć pod ścianę. Myślę, że ktoś w świecie boksu doradził mu, żeby zaczął
podnosić ciężary jak George Foreman, bo Ali słynął głównie z szybkości i tego, że rozgrywa
walkę psychologicznie. Poza tym, że „lata jak motyl, żądli jak osa”, pragnął być jeszcze „silny
jak byk”, więc chciał się przekonać, na ile silny jest kulturysta. Przepchnąłem go pod samą
ścianę, co skwitował: „Kurde, to dźwiganie ciężarów naprawdę działa. Super. Jest super”.
Podczas naszego następnego spotkania towarzyszyło mu kilku kumpli. Powiedział: „No to
teraz patrzcie. Hej, Arnold, spróbuj mnie przepchnąć”.
To jakaś podpucha, pomyślałem. Nikt nie lubi być popychany na oczach kolegów.
Naparłem na Alego i znów dopchnąłem go do ściany.
– A nie mówiłem, chłopaki? – powiedział. – Mówiłem wam! Gość ma krzepę jak mało kto.
Cała ta zabawa ze sztangą naprawdę się przydaje.
Nie przejmował się, że pokonałem go w tej przepychance. Chciał po prostu pokazać
kolegom, że ćwiczenia siłowe przynoszą wyniki. Wzmacniają nogi i biodra, co w boksie może
się okazać bardzo pomocne.

 

 

2. Nie myśl za dużo.

Jeśli nic tylko myślimy, umysł nie ma kiedy odpocząć. Grunt to
odprężyć i ciało, i umysł. Dzięki temu gdy trzeba podjąć decyzję albo twardo rozprawić się
z problemem, korzystamy z całego zapasu energii. Nie mówię, że mamy nie używać mózgu,
tylko że niektóre rzeczy należy robić instynktownie. Nie analizując wszystkiego na okrągło,
pozbywamy się bagażu śmieci, które tłamszą nas i spowalniają. Wyłączanie myślenia to cała
sztuka, pewien rodzaj medytacji. Wiedza ma niezwykle istotne znaczenie dla podejmowania
decyzji, ale niekoniecznie z oczywistych powodów. Im więcej wiemy, tym bardziej możemy
polegać na instynkcie. Nie musimy zwlekać i uczyć się czegoś na dany temat. A jednak
przeważnie ludzie o dużej wiedzy blokują się, są sparaliżowani. Im więcej wiemy, tym częściej
się wahamy i dlatego nawet najmądrzejsi ludzie czasem dają plamę. Bokser wchodzi na ring
z wielkim zapasem wiedzy – kiedy zrobić unik, zadać cios, skontrować, odskoczyć, klinczować.
Ale gdyby miał się nad tym zastanawiać w chwili, gdy przeciwnik wyprowadza cios, byłoby po
walce. Musi wykorzystać swoją wiedzę w ułamku sekundy. Brak pewności w podejmowaniu
decyzji nas spowalnia.
Przez nadmiar myślenia ludzie nie sypiają po nocach; szalejące umysły nie dają się
wyłączyć. Nadmierne analizowanie paraliżuje. W 1980 roku, kiedy z Alem Ehringerem
chcieliśmy przerobić budynek na końcu Main Street w Santa Monica, rywalizujący z nami
inwestorzy odpadli z przetargu na nieruchomość, bo za bardzo się martwili. My również
przeprowadziliśmy badania i wiedzieliśmy o okolicznościach mogących zmniejszyć spodziewaną
stopę zwrotu. Grunt nie był na sprzedaż, w grę wchodziła jedynie wieloletnia dzierżawa, bo
prowadził tamtędy przejazd na teren prywatny. Sąsiednia parcela była skażona chemicznie –
a jeśli dotyczyło to również tego terenu? Nieruchomość stała okrakiem na granicy Santa Monica
i Venice, więc nie było jasne, które lokalne przepisy i podatki się do niej stosują. Ale nie
dumaliśmy nad tymi zagrożeniami, w przeciwieństwie do naszych rywali, którzy wkrótce
widzieli już tylko czerwone światło. Więc kiedy podnieśliśmy ofertę, odpadli, a nieruchomość
przypadła nam. W ciągu dwóch lat zdołaliśmy zamienić dzierżawę w kupno i ryzyko się opłaciło
– budynek przy Main Street 3100 okazał się fenomenalną inwestycją. Wiele kontraktów
filmowych podpisuje się w ostatniej chwili, więc ten, kto się waha, przegrywa. Przy okazji
Bliźniaków gonił nas termin – wytwórnia Universal musiała wiedzieć, czy Danny, Ivan i ja
jesteśmy po słowie. Nie było czasu na pertraktacje między agentami. Dlatego umówiliśmy się we
trzech na lunch. Spisaliśmy umowę na serwetce, podpisaliśmy ją i wstaliśmy od stołu. Danny
kazał ją sobie później oprawić w ramkę.

 


3. Zapomnij o planie B.

Żeby się sprawdzić i dorosnąć, należy działać bez siatki
zabezpieczającej. Na początku 2004 roku badania opinii publicznej nie dawały żadnych szans
moim świeżo ogłoszonym inicjatywom refinansowania piętnastomiliardowego długu, dla których
szukaliśmy poparcia wyborców. Nasi spece od budżetu załamywali ręce.
– A co zrobimy, jeśli inicjatywy przepadną? Musimy mieć plan B.
– Po co przyjmować tak defetystyczną postawę? – odparłem.
– Skoro nie ma planu B, plan A musi się powieść. Inicjatywy dopiero co zostały ogłoszone.
Mamy czas, możemy dużo zdziałać, żeby dopiąć swego.
Jeśli się niepokoisz możliwością porażki, nie rób planów awaryjnych, tylko pomyśl, co
najgorszego może cię spotkać, jeśli ci się nie uda. Czy bardzo na tym ucierpisz? Szybko okaże
się, że wcale nie. Przegrywając w wyborach gubernatorskich, możesz się poczuć upokorzony, ale
nic gorszego cię nie czeka. Pomyśl o tych wszystkich kandydatach na prezydenta, którzy się
wycofali. Ludzie rozumieją, że tak to działa. Ja uznałem, że jeśli przegram start na gubernatora,
to po prostu wrócę do filmów i zarobię kupę kasy. Będę wolnym facetem, będę jadał to, co lubię,
jeździł na motocyklu i spędzał więcej czasu z rodziną. Zrobiłem więc wszystko, żeby wygrać –
ściągnąłem najlepszy zespół ludzi, zorganizowałem fundusze, poprowadziłem doskonałą
kampanię. Ale gdyby mi nie wyszło, powiedziałbym sobie: „Tym razem się nie udało”. Utrącenie
moich inicjatyw w roku 2005 jakoś mnie nie zabiło. Życie toczyło się dalej, stanąłem na czele
fantastycznej misji handlowej do Chin. A rok później wybrano mnie na drugą kadencję.
Moim wyznacznikiem nieszczęścia są pracownicy kopalni diamentów w Republice
Południowej Afryki, które zwiedzałem w latach sześćdziesiątych. Kopalnie znajdowały się na
głębokości ponad czterystu metrów pod ziemią, temperatura sięgała czterdziestu trzech stopni,
a robotnicy zarabiali dolara dziennie i mogli się zobaczyć z rodzinami tylko raz w roku. To się
nazywa tkwić w gównie po uszy. Jeśli masz choć trochę lepiej, to znaczy, że nie jest z tobą źle.

 


4. Porachunki można wyrównywać ciężkim dowcipem.

W 2009 roku mój przyjaciel Willie
Brown, były burmistrz San Francisco oraz najdłużej urzędujący przewodniczący Zgromadzenia
Stanowego w dziejach Kalifornii, zwołał zbiórkę funduszy dla kalifornijskiego oddziału Partii
Demokratycznej w hotelu Fairmont w San Francisco. Uznaliśmy, że byłoby zabawnie, gdybym
tam wpadł.
Zjawiłem się niezapowiedziany i na oczach wszystkich wyściskałem się z Williem, co
połowę demokratów wkurzyło, a drugą doprowadziło do paroksyzmów śmiechu. Nagle od stołu
wstał świeżo upieczony deputowany z San Francisco, Tom Ammiano, i zaczął mi zakłócać
przemówienie. „Pocałuj mnie w mój gejowski tyłek!” – wrzasnął. Trafiło to na łamy prasy.
Ammiano był nie tylko politykiem, ale i zawodowym komikiem. Nie skomentowałem tego. Ha,
ha, bardzo śmieszne. Ale w duchu powiedziałem sobie: „Przyjdzie taki czas, że to ja będę
podpisywał ustawy, i prędzej czy później trafi mi się popierana przez niego…”.
I rzeczywiście, kilka tygodni później dostałem jedną z ustaw Ammiana. Chodziło
o rutynowe działania dotyczące nadbrzeża San Francisco, ale dla niego sprawa była niezwykle
ważna. Kazałem więc moim ludziom sformułować grzeczne weto.
Nikt nie dostrzegł wiadomości ukrytej w pierwszych literach każdej linijki tekstu, więc
puściliśmy przeciek do prasy. „Jesteście pewni, że właściwie odczytaliście list z wetem
gubernatora? Spróbujcie go przeczytać pionowo”. Wówczas wszyscy zobaczyli, co jest grane,
i wyszła z tego publiczna awantura. Pierwsze litery w wersach, czytane od góry do dołu, dawały
tekst: Fuck You („Wal się”).
Dziennikarze pytali mojego rzecznika prasowego, czy owo „Wal się” było zamierzone, na
co odparł: „Nie, nie mieliśmy o tym pojęcia”. Ale już na następnej konferencji prasowej jakiś
reporter podniósł rękę i oznajmił:

Przekazaliśmy ten list matematykowi. Obliczył, że szanse przypadkowego układu liter
wynoszą tu ponad dwa miliardy do jednego.
– W porządku – odparłem. – Więc niech pan teraz wróci do tego samego eksperta i każe
mu obliczyć, jakie są szanse na to, że chłopak z austriackiej wsi przyjeżdża do Stanów
Zjednoczonych, gdzie najpierw zostaje największym mistrzem kulturystki wszech czasów, potem
gwiazdą filmu, następnie wżenia się w rodzinę Kennedych, a w końcu zostaje gubernatorem
największego stanu w tym kraju. Proszę mi podać wynik na następnej konferencji.

 

Reporterzy parsknęli śmiechem. Prasa cytowała potem odpowiedź Ammiana, który
powiedział z grubsza tak: „Zachowałem się jak palant, więc miał prawo zrewanżować się tym
samym”. Rozbroił w ten sposób całą sytuację. (Rok później, podpisawszy inną zgłoszoną przez
niego ustawę, wydałem oświadczenie, którego pierwsze litery, czytane pionowo, składały się na
„Proszę bardzo”).

 


5. Dzień ma dwadzieścia cztery godziny.

Swego czasu przemawiałem w sali wykładowej
Uniwersytetu Kalifornijskiego. Na zakończenie jeden student podniósł rękę i poskarżył się:
– Panie gubernatorze, od czasu kryzysu budżetowego moje czesne wzrosło dwukrotnie.
Teraz jest za wysokie. Potrzebuję większej pomocy finansowej.

– Rozumiem, że to trudne – odparłem. – Ale co znaczy „za wysokie”?
– To, że teraz muszę się łapać prac dorywczych.
– I co w tym złego?
– Przecież muszę się uczyć!
– W porządku, przeanalizujmy to – powiedziałem. – Ile godzin dziennie trwają twoje
zajęcia?
– Jednego dnia dwie godziny, innego trzy.
– A jak długo musisz się uczyć w domu?
– No, powiedzmy, trzy godziny dziennie.
– Zgoda. Czyli jak dotąd widzę sześć godzin jednego dnia i siedem drugiego, wliczając
w to dojazd na uczelnię. A co robisz z resztą czasu?
– Nie rozumiem.
– Dzień ma dwadzieścia cztery godziny. Myślałeś kiedyś, żeby pracować dłużej? Może
chodzić na więcej zajęć? A nie marnować życia na darmo?
Studentów zaszokowały te słowa.
– Ja wcale nie marnuję życia! – oburzył się chłopak.
– Owszem, marnujesz. Mówisz o sześciu godzinach. Dzień ma dwadzieścia cztery godziny,
więc zostaje ci osiemnaście. Na sen wystarczy sześć godzin. Więc jeśli ta dorywcza praca
zajmuje ci cztery godziny, wciąż masz czas na randki, potańcówki albo możesz wyskoczyć na
drinka czy na miasto. I ty jeszcze narzekasz?
Wyjaśniłem, że jako student ćwiczyłem po pięć godzin dziennie, cztery godziny zajmowały
mi lekcje aktorstwa, kilka godzin praca na budowie, a poza tym chodziłem na zajęcia
i odrabiałem prace domowe. Nie tylko ja tak robiłem. W mojej grupie w Santa Monica College
oraz na zajęciach wieczorowych w UCLA niektórzy pracowali na pełny etat. Liczenie na to, że
kto inny poniesie za nas koszty, jest naturalne. A władze powinny pomagać tym, którzy
naprawdę są w potrzebie, i zapewniać wykształcenie. Ale jeżeli na skutek spowolnienia
gospodarki rząd nie ma dostatecznych dochodów, wszyscy muszą się poświęcić i zacisnąć pasa.

 


6. Powtarzaj do upadłego.

Po lewej stronie wejścia do Związku Sportowego w Grazu, gdzie
jako dzieciak podnosiłem ciężary, była długa ściana ze sklejki, pokryta zapisanymi kredą
znaczkami. To tam zaznaczaliśmy nasz program treningowy z danego dnia. Każdy z nas miał
przydzielony fragment ściany, i przed przebraniem się należało spisać listę:

MARTWY CIĄG 5 SERII PO 6 POWTÓRZEŃ / / / / / PODRZUT 6 SERII PO 4 DO 6
POWTÓRZEŃ / / / / / / WYCISKANIE NA STOJĄCO 5 SERII PO 15 POWTÓRZEŃ / / / / /
WYCISKANIE W LEŻENIU 5 SERII PO 10 POWTÓRZEŃ / / / / / ROZPIĘTKI ZE
SZTANGIELKAMI W LEŻENIU 5 SERII PO 10 POWTÓRZEŃ / / / / / I tak dalej, w sumie
około sześćdziesięciu serii. Mimo że nikt nie wiedział, jak silny jest danego dnia, wpisywał
również wagę. Na końcu każdej linijki stawiało się ukośne kreski: tyle, ile serii zaplanowaliśmy.
Jeśli wpisało się pięć serii wyciskania w leżeniu, na ścianie rysowało się pięć ukośników.
Po każdej serii podchodziło się do ściany i przekreślało ukośną kreskę tak, że powstawał X.
Żeby dane ćwiczenie zostało zaliczone, wszystkie kreski musiały być przerobione na X.
Taka praktyka niesamowicie mnie motywowała. Stale miałem przed oczami to, czego już
dokonałem: „Kurczę, to jest coś! Zrobiłem to, co sobie obiecałem. Teraz przejdę do następnej
serii, i kolejnej”. Spisywanie celów do osiągnięcia weszło mi w krew, podobnie jak wiara w to,
że nie ma drogi na skróty. Dopiero po setkach czy tysiącach powtórzeń opanowałem moją
ulubioną pozę, nauczyłem się ciętych ripost, tańczyć tango w Prawdziwych kłamstwach,
malować piękne kartki urodzinowe i mówić „Jeszcze tu wrócę” w odpowiedni sposób.
Jeśli spojrzycie na tekst mojego pierwszego wystąpienia na forum Organizacji Narodów
Zjednoczonych w sprawie globalnego ocieplenia, zobaczycie coś takiego:

 

 

Kreski na górze kartki oznaczają, ile razy powtarzałem tę mowę, zanim ją wygłosiłem.
Obojętne, czy ćwiczysz bicepsy w zimnej siłowni, czy przemawiasz do światowych
przywódców, nie ma drogi na skróty – trzeba powtarzać do upadłego.
Czymkolwiek się zajmujesz, wszystko sprowadza się albo do powtórzeń, albo do
przebiegu. Jeśli chcesz zostać dobrym narciarzem, musisz jak najczęściej bywać na stoku. Jeśli
grasz w szachy, musisz rozegrać dziesiątki tysięcy partii. Na planie filmowym jedynie powtórki
gwarantują, że twoja gra będzie spójna. Jeżeli powtarzałeś, możesz bez obaw czekać na chwilę,
gdy kamera pójdzie w ruch. Niedawno, kręcąc The Tomb w Nowym Orleanie, robiliśmy scenę

więziennej bójki między siedemdziesięcioma pięcioma skazańcami. Wobec dziesiątków walk na
pięści, zapasów i okładania ludzi pałkami przez klawiszy choreografia była tak skomplikowana,
że próby zajęły nam pół dnia. Gdy zaczęliśmy kręcić, wszyscy byli zmordowani, ale zarazem
pełni energii. Ujęcie wyszło wspaniale. Każdy ruch wszedł nam w krew i scena wypadła jak
autentyczna bójka.

 


7. Nie zwalaj winy na rodziców.

Zrobili wszystko dla twojego dobra, a jeśli zostawili cię
z problemami, rozwiązanie ich należy do ciebie. Może rodzice stale ci pomagali i byli
nadopiekuńczy, więc teraz czujesz się opuszczony i bezbronny – ale nie wiń ich za to. A może
byli zbyt surowi.
Jako małe dziecko kochałem ojca i chciałem być taki jak on. Podziwiałem jego mundur
i broń oraz to, że jest policjantem. Później jednak znienawidziłem go, ponieważ bardzo surowo
traktował mojego brata i mnie. „Jako dzieci inspektora, macie dawać przykład całej wsi” –
powiadał. Musieliśmy być ideałami, do których, rzecz jasna, było nam daleko.
Był wymagający, taki już miał charakter. Czasami bywał też brutalny, ale sądzę, że to nie
jego wina. To przez wojnę. Gdyby żył w normalnych czasach, byłby inny.
Dlatego też często się zastanawiałem: A gdyby był cieplejszy i miły? Czy wtedy
wyjechałbym z Austrii? Pewnie nie. I tego się boję jak niczego innego na świecie!
Właśnie dlatego, że tak mnie traktował, zostałem Arnoldem. Uznałem, że zamiast użalać
się nad sobą, mogę wykorzystać to, jak mnie wychowano, w pozytywny sposób. Realizować
własne wizje, wytyczyć sobie cele, odnaleźć radość życia. Surowość ojca wygnała mnie z domu.
Przez nią pojechałem do Stanów Zjednoczonych, gdzie ciężką pracą osiągnąłem sukces, i jestem
z tego powodu szczęśliwy. Nie muszę lizać ran.
Pod koniec Conana Barbarzyńcy jest taka scena, której nigdy nie zapomnę. Kwestię
wypowiada nie Conan, lecz Thulsa Doom, czarnoksiężnik, który zmusza małego Conana, by
patrzył, jak psy rozszarpują jego ojca, i na oczach chłopca zabija jego matkę. W chwili gdy
dorosły Conan chce go zabić i pomścić śmierć rodziców, Thulsa Doom mówi: „Kto, jeśli nie ja,
jestem twoim ojcem? Kto dał ci siłę woli do życia? Jestem źródłem, z którego wypłynąłeś”.
Jak widać, nie zawsze jest jasne, co należy świętować. Czasami trzeba doceniać ludzi
i okoliczności, po których pozostał nam uraz. Dzisiaj wychwalam surowość ojca, sposób, w jaki
mnie wychowano, oraz to, że w Austrii nie miałem nic z tego, czego bym pożądał – bo dzięki
temu pozostałem głodny. Każde lanie od ojca, każda jego uwaga, że moje ćwiczenia siłowe są

gówno warte, że powinienem zrobić coś pożytecznego, na przykład narąbać drewna, każda
sytuacja, w której mnie ganił albo upokarzał – wszystko to dolewało oliwy do ognia, który we
mnie buzował. Napędzało mnie to, dawało motywację.

 

 


8. Zmiany wymagają wielkiej odwagi.

W ostatnim roku mojej kadencji jako gubernatora,
podczas misji handlowej do Moskwy, urwałem się, żeby odwiedzić w domu byłego radzieckiego
prezydenta Michaiła Gorbaczowa. Z biegiem lat się zaprzyjaźniliśmy – na przyjęciu z okazji jego
osiemdziesiątych urodzin w Londynie, kilka miesięcy wcześniej, wygłosiłem mowę i siedziałem
przy jego stole. Irina, córka prezydenta, przygotowała lunch dla nas i kilku przyjaciół z Instytutu
Gorbaczowa. Jedliśmy co najmniej przez dwie i pół godziny.
Zawsze podziwiałem Gorbaczowa za odwagę, która pozwoliła mu rozbroić system
polityczny, w którym się wychował. Owszem, Związek Radziecki przeżywał trudności
finansowe, i owszem, Reagan dorżnął Rosjan gospodarczo i zapędził do narożnika. Zdumiewało
mnie jednak, że Gorbaczow miał odwagę zaprowadzić zmiany, zamiast nadal gnębić swój naród
albo podjąć walkę z Zachodem. Zapytałem, jak tego dokonał. Jak mógł zmienić system, skoro od
dziecka indoktrynowano go i wmawiano mu, że komunizm jest lekarstwem na każdy problem,
a po objęciu przywództwa partii musiał nieustannie wykazywać entuzjazm dla systemu? Jak
zdołał się pozbyć tych uprzedzeń?
Powiedział mi: „Przez całe życie starałem się udoskonalać nasz system. Nie mogłem się
doczekać, kiedy obejmę najważniejsze stanowisko w państwie, bo wówczas uważałem, że będę
w stanie rozwiązać problemy, z którymi jedynie przywódca może się uporać. Ale kiedy już
dotarłem na szczyt, zdałem sobie sprawę, że potrzeba nam rewolucyjnych zmian. Niczego nie
dawało się załatwić bez znajomości albo łapówki pod stołem. Więc co to był za system?
Nadszedł czas, żeby go rozmontować”. Być może dopiero za pięćdziesiąt lat ludzie zrozumieją
ogrom jego dokonań. Ale historycy stale będą się spierać, czy zrobił to tak, jak należy. Ja nie
zamierzam się nad tym rozwodzić; po prostu uważam, że dokonał czegoś wielkiego. Zdumiewa
mnie, że nie dążył do natychmiastowych korzyści, tylko miał odwagę szukać najlepszych
perspektywicznych rozwiązań dla kraju.
Dla mnie Gorbaczow jest bohaterem, na równi z Nelsonem Mandelą, który przezwyciężył
gniew i rozpacz po dwudziestu siedmiu latach uwięzienia. Kiedy dostali taką władzę, że mogli
zatrząść całym światem, obaj postanowili budować, a nie niszczyć.

 

 


9. Dbaj o ciało i umysł.

Jedną z najwcześniejszych rad, które utkwiły mi w głowie, dał mi Fredi Gerstl, kiedy zgłębiał Platona: „To Grecy zapoczątkowali igrzyska olimpijskie, a poza tym
dali nam wielkich filozofów – mawiał. – Należy budować najdoskonalszy aparat fizyczny, ale
również najdoskonalszy umysł”. Mnie dbałość o ciało nie sprawiała problemu, ale z czasem
zaciekawił mnie rozwój umysłu. Uświadomiłem sobie, że umysł to jakby inny mięsień, który
także da się wyćwiczyć. Postanowiłem więc nad nim popracować i zmądrzeć. Niczym gąbka
chłonąłem wszystko z otoczenia. Moim uniwersytetem stał się cały świat, zapragnąłem uczyć się,
czytać i zgłębiać wiedzę.
Do ludzi bardzo inteligentnych stosuje się odwrotna zasada. Ci muszą ćwiczyć ciało dzień
w dzień. Clint Eastwood nie opuszcza treningów nawet wtedy, gdy reżyseruje albo gra główną
rolę w filmie. Dmitrij Miedwiediew, będąc prezydentem Rosji, pracował do późnej nocy, miał
jednak w domu siłownię i codziennie poświęcał dwie godziny na ćwiczenia. Skoro światowi
przywódcy znajdują na to czas, to ty również nie możesz się ociągać.
Wiele lat po tym, co mi powiedział Fredi Gerstl, tę samą ideę równowagi usłyszałem z ust
papieża. W 1983 roku byliśmy z Marią i jej rodzicami w Watykanie, na prywatnej audiencji
u Jana Pawła II. Sarge, jako ekspert w tych sprawach, mówił o kwestiach duchowych. Eunice
spytała Ojca Świętego, co dzieci powinny robić, by stać się lepszymi ludźmi.
– Modlić się – odparł. – Wystarczy się modlić.
Ja rozmawiałem z nim o jego ćwiczeniach fizycznych. Tuż przed wyjazdem przeczytałem
w prasie artykuł, w którym pisano, że papież jest niezwykle wysportowany i w świetnej formie.
Dla niego, oprócz religii, w życiu liczyła się dbałość zarówno o umysł, jak i ciało. Więc
porozmawialiśmy na ten temat. Słynął z tego, że wstaje o piątej rano, czyta gazety w sześciu
językach, po czym robi dwieście pompek i trzysta przysiadów, a wszystko to jeszcze przed
śniadaniem, zanim zaczynał dzień pracy. Był też narciarzem i nie przestał jeździć, nawet wtedy,
kiedy już został papieżem.
Był wówczas po sześćdziesiątce, dwadzieścia siedem lat starszy ode mnie.
Skoro papież tak może, to ja muszę wstawać jeszcze wcześniej! – pomyślałem.

 


10. Bądź głodny. Bądź głodny sukcesu

 pokazania tego, na co cię stać, rób wszystko, żeby
ludzie cię zauważali, słuchali i żebyś miał na nich wpływ. A pnąc się w górę i osiągając sukces,
bądź także głodny niesienia pomocy innym.
Nie spoczywaj na laurach. Zbyt wielu byłych sportowców spędza życie na snuciu
opowieści o tym, jacy to byli wielcy przed dwudziestu laty. Ale są i tacy ludzie jak Ted Turner, który zaczynał od pracy w reklamie outdoorowej w firmie ojca, by z czasem założyć stację
telewizyjną CNN, zorganizować Igrzyska Dobrej Woli, hodować bizony i sprzedawać ich mięso,
a także otrzymać czterdzieści siedem doktoratów honoris causa. Właśnie to mam na myśli,
mówiąc o byciu głodnym. Bono zaczynał jako muzyk, potem kupował muzykę innych
wykonawców, a teraz działa na rzecz walki z AIDS i tworzenia nowych miejsc pracy.
Anthony’ego Quinna nie zadowalała tylko pozycja gwiazdora. Pragnął czegoś więcej. Został
malarzem, którego obrazy osiągały ceny setek tysięcy dolarów. Donald Trump pomnożył
otrzymany spadek dziesięciokrotnie i wystąpił w reality show w stacji NBC. Sarge aż do śmierci
jeździł po całym świecie, wciąż głodny nowych projektów.
Tak wielu znakomitych ludzi działa siłą rozpędu. Wciąż chcą być kimś, a nie tylko ględzić
o przeszłości. Życie nie sprowadza się do mistrzostwa w tylko jednej dziedzinie. Osiągając
sukces, dowiadujemy się tak wielu rzeczy, że warto skorzystać z tej wiedzy i z kontaktów, by
dokonać czegoś jeszcze.
Ojciec stale mi powtarzał: „Bądź użyteczny. Zrób coś”. Miał rację. Jeśli czerpiesz radość
z jakichś swoich umiejętności czy talentu, wykorzystaj je dla poprawy swojego najbliższego
otoczenia. A jeśli to ci nie wystarczy, idź na całość. Na odpoczynek będziesz miał aż nadto czasu
w grobie. Żyj ryzykownie, pełną piersią i jak to powiedziała Eleanor Roosevelt – codziennie
staraj się zrobić coś, czego się boisz.
Wszyscy bądźmy wiecznie głodni!

 

 

Witryna www.trenujzniedzwiedziem.pl używa plików cookies aby zapewnić użytkownikom wygodę korzystania z naszej witryny.
Kontynuując korzystanie z naszej strony, zgadzasz się na korzystanie z plików cookie. Polityka prywatności